W sztuce dolar dawno przestał być tylko banknotem: może oznaczać władzę, strach, wolność, próżność – lub osobistą niezależność. Elena Grokhovitskaya wybiera tę ostatnią interpretację. W jej pracach symbolika pieniądza staje się rozmową o charakterze, a malarstwo wychodzi poza ramy – na jedwabne apaszki i ubrania. Spotkaliśmy się z artystką, aby porozmawiać bez marketingowych sloganów: czy można tworzyć sztukę o sukcesie, nie stając się zakładnikiem pięknych obietnic, gdzie kończy się obraz, a zaczyna marka, i co tak naprawdę kupuje kolekcjoner.

Елена Гроховицкая — работа из денежной серии
Zdjęcie: praca Eleny Grokhovitskiej

– W Pani sztuce pieniądze pojawiają się niemal demonstracyjnie. Czy nie obawiała się Pani, że widz potraktuje to jako zbyt bezpośredni gest?

– Bezpośredniość mnie nie przeraża, jeśli kryje się za nią drugi poziom. Pieniądze to obraz, który odczytywany jest natychmiast, ale każdy człowiek wypełnia go własnym doświadczeniem. Dla jednego to wolność, dla drugiego - niepokój, dla trzeciego - miara odpowiedzialności. Interesuje mnie nie sam znak waluty, lecz to, co dzieje się z człowiekiem w jego pobliżu.

– Czyli Pani „pieniężne obrazy” nie opowiadają o bogactwie?

– Nie o bogactwie jako witrynie. Raczej o zdolności do tworzenia zasobów i dysponowania nimi. Pieniądze postrzegam jako efekt ruchu: pracy, decyzji, wytrwałości, czasem ryzyka. Dlatego w moich pracach to energia działania, a nie obietnica łatwego szczęścia.

– Ale w mediach społecznościowych sztuka o pieniądzach łatwo przeradza się w talizman sukcesu. Na ile jest Pani bliska ta przestrzeń?

– Rozumiem, dlaczego widz chce widzieć w obrazie osobisty symbol. Sztuka zawsze była obdarzana dodatkową mocą – pamięcią, ochroną, nadzieją. Ale dla mnie ważne jest, aby nie obiecywać magicznego rezultatu. Obraz nie zastępuje działań. Może przypominać człowiekowi o jego intencji, skupiać uwagę, tworzyć nastrój przestrzeni. Jej siła tkwi w sensie, który powstaje między pracą a właścicielem.

– Kiedy pojawił się pomysł „Obrazów na ubraniach”?

– Z chęci zniwelowania dystansu między sztuką a codziennością. Najpierw pojawiły się jedwabne apaszki, wyprodukowane we Włoszech. Spodobało mi się, że obraz przestał być nieruchomy: zmieniał się wraz z gestem, tkaniną, światłem. Następnie zrodził się pomysł kostiumów kąpielowych z autorską symboliką pieniężną. Dla mnie to nie jest przeniesienie obrazka na rzecz, ale inny sposób istnienia dzieła.

– Gdzie w takim razie przebiega granica między sztuką a modą?

– Nie jestem pewna, czy dzisiaj tę granicę trzeba chronić. Ważniejsze jest inne pytanie: czy autorska myśl zachowuje się, gdy zmienia się nośnik. Jeśli rzecz staje się tylko pamiątką, idea znika. Jeśli kontynuuje język artystyczny, powstaje pełnoprawny dialog. Chcę, aby odzież nie ilustrowała obrazu, lecz niosła jego wewnętrzne napięcie.

Елена Гроховицкая — авторская работа
Zdjęcie: praca Eleny Grokhovitskiej

– Nazywa Pani malarstwo kręgosłupem wszystkich eksperymentów. Dlaczego?

– Ponieważ właśnie w pracowni odbywa się najbardziej uczciwa część pracy. Tam nie ma publiczności, reakcji, sprzedaży – jest płótno i konieczność podjęcia decyzji. Malarstwo dyscyplinuje. Nie pozwala ukryć słabej myśli za opakowaniem. Wszystko inne – apaszki, ubrania, kolaboracje – ma sens, dopóki jest związane z tym pierwotnym doświadczeniem.

– W Pani publicznym wizerunku pojawia się wiele słów o ambicji. Czy dla artysty ambicja to zaleta, czy niebezpieczeństwo?

– I jedno, i drugie. Bez ambicji trudno przetrwać długą drogę, zwłaszcza gdy wynik nie pojawia się od razu. Ale ambicja staje się niebezpieczna, gdy artysta zaczyna tworzyć nie dzieło, lecz dowód własnej ważności. Staram się wracać do pytania: czy w dziele jest energia, którą poczuje człowiek, nic nie wiedzący o moich statusach i osiągnięciach?

– Mimo to podkreśla Pani zawodowe uznanie: członkostwo w Związku Artystów Twórców Rosji, status akademika Europejskiej Akademii Nauk Przyrodniczych, nagroda Geometria Awards 2025. Po co współczesnemu artyście insygnia?

– Insygnia nie czynią obrazu mocniejszym. Ale utrwalają etapy drogi i przypominają o odpowiedzialności. Dla mnie środowisko zawodowe jest ważne jako przestrzeń wymagań. Odwaga do eksperymentowania musi opierać się na rzemiośle, wykształceniu, ciągłej pracy – inaczej prowokacja szybko staje się pusta.

– Pani dzieła znajdują się w prywatnych kolekcjach i zasobach muzealnych. Co się zmienia w momencie, gdy praca opuszcza pracownię?

– Przestaje należeć tylko do mojego zamysłu. W domu kolekcjonera obraz zyskuje inną biografię: nowe światło, przestrzeń, ludzi, wydarzenia. Lubię myśleć, że dzieło nadal żyje bez mojej kontroli. Może właśnie wtedy staje się kompletne.

– Dziś słowo „inwestycja” używane jest przez niemal każdego, kto sprzedaje sztukę. Co ono oznacza dla Pani?

– Podchodzę do niego ostrożnie. Artysta nie powinien obiecywać wzrostu ceny – rynek jest bardziej złożony. Wartość inwestycyjna kształtuje się stopniowo: z jakości prac, rozpoznawalności języka, konsekwencji autora, historii wystawienniczej, zainteresowania kolekcjonerów i reputacji zawodowej. Ale pierwsza przyczyna zakupu obrazu nadal powinna być osobista: chce Pan żyć obok niego.

– Czyli przyjemność estetyczna jest ważniejsza niż kalkulacja?

– Nie muszą sobie przeczyć. Estetyka przyciąga, sens zatrzymuje, a historia autora z czasem może wzmacniać wartość dzieła. Ale kalkulacja bez emocjonalnego związku zamienia sztukę w liczbę. Dobra kolekcja zawsze opowiada o osobie, która ją zebrała: o jej guście, intuicji, zdolności do dostrzeżenia czegoś wcześniej niż inni.

– Co powinien poczuć człowiek przed Pani obrazem?

– Nie ma prawidłowej reakcji. Ale bliski mi jest stan wewnętrznego skupienia – gdy praca nie tylko zdobi ścianę, ale przywraca człowiekowi poczucie skali jego własnych możliwości. Nie mówi mu: „Na pewno osiągniesz sukces”, ale zadaje pytanie: „Co jesteś gotów, by to zrobić?”

– Tworzy Pani sztukę o sile. Czy jest w niej również wrażliwość?

– Bez niej siła byłaby dekoracyjna. Chęć sukcesu niemal zawsze sąsiaduje ze strachem przed porażką, utratą kontroli, byciem niewystarczająco ważnym. Interesuje mnie właśnie ten kontrast. Jasny, pewny siebie obraz może skrywać bardzo osobiste pytanie – i być może dlatego wciąga.

– Jak widzi Pani rozwój projektu „Obrazy na ubraniach”?

– Chcę przekształcić go w samodzielną linię artystyczną: z limitowanymi edycjami, kolaboracjami i projektami wystawienniczymi, gdzie malarstwo i moda będą rozmawiać na równych prawach. Jednocześnie nakładowość powinna pozostać przemyślana. Ważne jest dla mnie, aby nie rozpuścić artystycznego gestu w nieskończonej produkcji.

– I jakie pytanie stawia sobie Pani dzisiaj jako artystka?

– Jak zachować wolność, gdy wokół pracy zaczyna kształtować się system – kolekcjonerzy, projekty, uznanie, oczekiwania. Sukces daje możliwości, ale jednocześnie proponuje powtarzanie tego, co już raz się sprawdziło. Ważne jest dla mnie, aby nie stać się zakładniczką własnej rozpoznawalności.

W sztuce Eleny Grokhovitskiej symbol sukcesu okazuje się nie punktem końcowym, lecz początkiem rozmowy. Jej obrazy nie tyle obiecują dostatek, co rozpatrują cenę, jaką człowiek jest gotów zapłacić za własną realizację: uwagą, dyscypliną, ryzykiem, czasem. Być może właśnie dlatego znak dolara działa w nich nie jako reklama pięknego życia, lecz jako lustro pragnień – jasne, pociągające i nie zawsze wygodne.